Australia mistrzem świata na PGE Narodowym. Polska z brązem

Australia wygrała finał Drużynowego Pucharu Świata na żużlu, rozegrany w sobotni wieczór 29 sierpnia na PGE Narodowym w Warszawie. Reprezentacja prowadzona przez Marka Lemona zgromadziła 38 punktów i wyprzedziła Danię (30) oraz gospodarzy, czyli Polskę (29). Czwarte miejsce zajęła Wielka Brytania z dorobkiem 23 punktów.

Dla Australijczyków to przerwanie bardzo długiej serii bez tytułu drużynowego mistrza świata. Dla polskich kibiców, których według relacji z zawodów zebrało się na trybunach ponad 40 tysięcy, wieczór skończył się brązowym medalem i przegraną walką o srebro różnicą jednego punktu.

Klasyfikacja końcowa finału DPŚ 2026

Turniej finałowy cyklu, występującego w 2026 roku pod nazwą BOLL FIM Speedway World Cup, rozstrzygnął się dopiero w ostatniej serii startów. Oficjalna klasyfikacja wygląda następująco:

Miejsce Reprezentacja Punkty
1 Australia 38
2 Dania 30
3 Polska 29
4 Wielka Brytania 23

Różnica dziewięciu punktów między złotem a brązem nie oddaje w pełni przebiegu zawodów, bo o kolejność na drugim i trzecim stopniu podium decydowały pojedyncze pozycje w ostatnich biegach. Australia natomiast kontrolowała sytuację praktycznie od startu do mety, budując przewagę na otwarciu i utrzymując ją mimo prób pościgu ze strony gospodarzy.

Australia zbudowała przewagę w pierwszej serii

Według relacji z zawodów Australijczycy wygrali komplet czterech otwierających biegów, wychodząc na prowadzenie z maksymalnym dorobkiem po pierwszej serii startów. To ustawiło cały wieczór: rywale musieli gonić, a na torze przygotowanym pod jednorazową imprezę stadionową wyprzedzanie było trudne i kosztowne.

Skład, który dowiózł Australii złoto, nie był oczywisty przed zawodami. Zespół pojechał bez kontuzjowanego Jacka Holdera, jednego z najmocniejszych punktów kadry w ostatnich sezonach. Menedżer Mark Lemon postawił na czterech zawodników i rozłożył ciężar równomiernie, zamiast liczyć na jednego lidera.

Zawodnik Reprezentacja Punkty
Brady Kurtz Australia 11
Ryan Douglas Australia 10
Jason Doyle Australia 10
Max Fricke Australia 7

To jest właśnie klucz do tego wyniku. Trzech zawodników z dwucyfrowym lub bliskim dwucyfrowemu dorobkiem i czwarty z siedmioma punktami dają zespół bez słabego ogniwa. Rohan Tungate, drugi debiutant w kadrze obok Ryana Douglasa, ostatecznie nie pojawił się na starcie w roli rezerwowego.

Brady Kurtz przyjechał do Warszawy jako numer dwa światowego rankingu i pojechał zgodnie z tą pozycją, ale to Ryan Douglas był największym zaskoczeniem wieczoru. Debiutant w Drużynowym Pucharze Świata dołożył dziesięć punktów, czyli dokładnie tyle samo co mistrz świata z 2017 roku Jason Doyle.

Polska: Zmarzlik i Woryna kontra reszta stawki

Gospodarze przystępowali do finału w roli faworytów, co zapowiadaliśmy w materiale przed zawodami. Rachunek okazał się jednak brutalny: polski dorobek oparł się na dwóch nazwiskach, a trzej pozostali zawodnicy dołożyli łącznie dziewięć punktów.

Zawodnik Punkty
Bartosz Zmarzlik 11
Kacper Woryna 9
Patryk Dudek 5
Maciej Janowski 2
Dominik Kubera 2

Bartosz Zmarzlik, sześciokrotny indywidualny mistrz świata, zakończył turniej z jedenastoma punktami. To dorobek przyzwoity, ale nie taki, jakiego oczekuje się od zawodnika o jego dorobku na własnym terenie. Relacje z zawodów zgodnie opisują go jako szukającego rytmu przez większość wieczoru.

Największym pozytywem polskiej ekipy okazał się Kacper Woryna. Zawodnik, który do składu wchodził jako rezerwowy, o czym pisaliśmy przy okazji ogłoszenia składów na finał, dowiózł dziewięć punktów i był w końcówce jednym z najbardziej agresywnych zawodników na torze.

Patryk Dudek pojechał w Warszawie z problemami zdrowotnymi. Pięć punktów w takich okolicznościach trudno rozliczać wyłącznie sportowo, choć w rachunku medalowym każdy brakujący punkt miał znaczenie, skoro strata do Danii wyniosła dokładnie jeden. Dwa punkty Macieja Janowskiego i dwa Dominika Kubery to dorobek, który przy tak wyrównanej stawce po prostu nie wystarcza.

Dlaczego 29 punktów nie wystarczyło

Najprostsza analiza tego finału to porównanie rozkładu punktów w czterech reprezentacjach. Australia: 11, 10, 10 i 7. Dania: 12, 8, 5 i 5. Polska: 11, 9, 5, 2 i 2. Wielka Brytania: 14, 5, 3 i reszta.

Australijczycy jako jedyni mieli trzech zawodników z dorobkiem dziesięciu punktów lub wyższym i żadnego, który zszedłby poniżej siedmiu. To jest definicja drużyny bez słabego ogniwa. W formule, w której każdy zawodnik jedzie kilka biegów i każdy punkt trafia do wspólnej puli, taki rozkład jest wart więcej niż jeden wyjątkowo skuteczny lider.

Wielka Brytania pokazała drugi biegun tej samej zależności. Robert Lambert zdobył 14 punktów, najwięcej ze wszystkich uczestników finału, a jego drużyna i tak skończyła ostatnia. Czternaście punktów jednego zawodnika przy pięciu i trzech punktach kolejnych daje wynik, który nie pozwala walczyć o medal.

Polska znalazła się pośrodku. Zmarzlik i Woryna wykonali swoją część zadania, dowożąc razem 20 z 29 punktów, czyli blisko 70 procent dorobku reprezentacji. Pozostała trójka dołożyła dziewięć. Gdyby którykolwiek z zawodników z dolnej części tej listy zdobył choć jeden punkt więcej, kolor medalu byłby inny, bo strata do Danii wyniosła dokładnie tyle.

To zresztą najbardziej bolesny element tego wyniku. Polska nie przegrała srebra przez jeden nieudany bieg lidera, tylko przez sumę drobnych strat rozłożonych na cały wieczór. Takich rzeczy nie da się naprawić jedną decyzją taktyczną w trakcie zawodów.

Bieg 15 i bieg 18: dwa momenty, które zabrały srebro

Zawody miały dwa punkty zwrotne i oba dotyczyły bezpośrednio polskiej reprezentacji.

Pierwszym był bieg 15. Kacper Woryna wywrócił się po kontakcie z Charlesem Wrightem i został wykluczony przez sędziego. Decyzja spotkała się z gwizdami trybun, bo w odbiorze kibiców to Polak był stroną poszkodowaną. Sędzia jej nie zmienił, a Polska straciła punkty, które w końcowym rozrachunku dzieliły ją od srebrnego medalu.

Drugim był bieg 18, w którym pojechali Max Fricke, Bartosz Zmarzlik i Mikkel Michelsen. Zmarzlik zaatakował Michelsena od wewnętrznej na wyjściu z łuku, Duńczyk nie ustąpił toru i upadł. Sędzia przerwał bieg. Po upadku Michelsen wstał, ruszył w kierunku Zmarzlika jadącego w stronę parku maszyn i musiał być powstrzymywany przez obsługę toru. Za to zachowanie ukraiński arbiter wykluczył go z powtórki.

W powtórzonym biegu, już bez Duńczyka, wygrał Max Fricke, a Bartosz Zmarzlik przyjechał drugi. Australia powiększyła przewagę do sześciu punktów, czego przy dwóch pozostałych biegach nie dało się już odrobić. Tytuł formalnie przypieczętowało drugie miejsce Brady’ego Kurtza w biegu 19, po którym Australijczycy mieli 35 punktów i komplet gwarantujący złoto.

Michelsen po zawodach: „zachowałem się jak idiota”

Mikkel Michelsen był najskuteczniejszym zawodnikiem duńskiej ekipy z dwunastoma punktami, ale wieczór zapamięta przede wszystkim z powodu reakcji po upadku. W wypowiedzi cytowanej przez media po zawodach Duńczyk nie próbował się bronić. Przyznał, że zachował się jak idiota i że jest teraz prawdopodobnie najbardziej znienawidzoną osobą w Polsce. Tłumaczył to adrenaliną i dodał, że powinien był utrzymać swoją linię jazdy zamiast puszczać motocykl.

Reszta duńskiego składu dołożyła do jego dwunastu punktów: Anders Thomsen osiem, Leon Madsen pięć i Michael Jepsen Jensen pięć. To dało 30 punktów i srebro, wywalczone kosztem gospodarzy dosłownie w ostatnich metrach turnieju.

Warto odnotować jeszcze jedną liczbę. Najskuteczniejszym zawodnikiem całych zawodów, niezależnie od reprezentacji, był Robert Lambert z czternastoma punktami. Brytyjczyk pojechał znakomicie, ale jego koledzy z drużyny nie dołożyli wystarczająco dużo: Charles Wright zdobył pięć punktów, Adam Ellis trzy. Wielka Brytania skończyła na czwartym miejscu z dorobkiem 23 punktów, co pokazuje, że w tej formule pojedynczy lider niczego nie załatwia.

Australia kończy 24 lata czekania

Kontekst historyczny tego zwycięstwa jest istotny. Australia po raz ostatni wygrała Drużynowy Puchar Świata w 2002 roku w Peterborough, gdzie o złoto walczyli Jason Crump, Leigh Adams, Ryan Sullivan, Todd Wiltshire oraz rezerwowy Craig Boyce. Od tamtej pory australijski żużel wydał kilku wybitnych indywidualistów, ale drużynowego tytułu nie było przez ponad dwie dekady.

Trofeum, o które toczyła się walka w Warszawie, nosi nazwę Ove Fundin Trophy, na cześć pięciokrotnego indywidualnego mistrza świata ze Szwecji. Zwycięstwo w takim turnieju, na obiekcie zapełnionym w większości przez kibiców rywala, ma dla australijskiej federacji dodatkową wagę wizerunkową.

Dla polskiego kibica ten wynik ma jeszcze jedno dno. Przez ostatnie lata to Polska była synonimem drużynowej dominacji w żużlu, z dziewięcioma triumfami w osiemnastu edycjach DPŚ. Sobotni finał był okazją do sięgnięcia po dziesiąte złoto tej imprezy i pierwszy tytuł od wygranej we Wrocławiu w 2023 roku. Zamiast tego reprezentacja zeszła z toru z brązem.

Klątwa PGE Narodowego trwa

Sobotni wieczór dopisał kolejny rozdział do historii, którą polscy kibice znają aż za dobrze. PGE Narodowy gościł dotąd dziewięć turniejów indywidualnych mistrzostw świata w ramach cyklu Grand Prix i ani razu nie wygrał tam polski zawodnik. Finał Drużynowego Pucharu Świata był szansą, by tę serię przerwać w formule drużynowej. Nie udało się.

Przyczyn można szukać w kilku miejscach. Tor budowany na jeden wieczór wewnątrz stadionu piłkarskiego rządzi się własnymi prawami: nawierzchnia zmienia się szybko, a pozycja startowa waży więcej niż na klasycznym obiekcie żużlowym. Australia trafiła z ustawieniami od pierwszego biegu, Polska szukała rozwiązań przez większość zawodów. Do tego doszły dwie decyzje sędziowskie i jedna kontuzja w składzie rywala, które ostatecznie ułożyły się na niekorzyść gospodarzy.

Presja własnych trybun w żużlu bywa obosieczna. Ponad 40 tysięcy widzów to atut przy dobrym otwarciu i obciążenie, gdy trzeba gonić. Polska tego wieczoru była w tej drugiej sytuacji przez większość programu.

Jest jeszcze aspekt czysto organizacyjny. Impreza na stadionie narodowym, z torem układanym specjalnie na jeden wieczór, to dla federacji i promotora produkt o zupełnie innej skali niż turniej na obiekcie żużlowym. Ponad 40 tysięcy widzów na finale DPŚ to liczba, która w skali światowego żużla robi wrażenie i która tłumaczy, dlaczego takie zawody wracają do Warszawy mimo braku sportowego happy endu dla gospodarzy. Z perspektywy dyscypliny frekwencja jest argumentem samym w sobie, niezależnie od tego, kto stoi na najwyższym stopniu podium.

Pytanie, które po sobotnim wieczorze zostaje otwarte, dotyczy budowy kadry na kolejne lata. Polska ma w tej chwili jednego zawodnika absolutnie światowego formatu, kilku solidnych i grupę, która w decydujących momentach nie dowozi punktów. Australia pokazała w Warszawie, że da się wygrać bez gwiazdy pierwszej wielkości w składzie, jeśli cała czwórka jedzie na podobnym poziomie.

Reakcje po zawodach

Brady Kurtz, lider zwycięskiej reprezentacji, po zawodach mówił o atmosferze w drużynie. W wypowiedzi cytowanej przez media stwierdził, że Australia jest krajem, który z największą dumą jeździ w Drużynowym Pucharze Świata, i że jego zespół zgrał się w Warszawie lepiej niż rywale.

Mark Lemon, menedżer australijskiej kadry, odwołał się do własnego pokolenia. Powiedział, że dorastał w czasach, gdy australijski żużel dominował, i że cieszy się, iż jego zawodnicy przeżyli to samo uczucie. Dla trenera, który przez lata budował kadrę wokół zmieniających się pokoleń zawodników, to zamknięcie pewnego cyklu.

Po polskiej stronie ton wypowiedzi był znacznie chłodniejszy. Brązowy medal mistrzostw świata to wynik, którego nikt w reprezentacji nie traktował jako sukcesu, zwłaszcza na własnym torze i przy komplecie publiczności.

Co dalej: żużlowy kalendarz po finale DPŚ

Sezon nie daje zawodnikom czasu na przetrawienie warszawskiego wieczoru, bo już w niedzielę 30 sierpnia wracają rozgrywki ligowe. W programie PGE Ekstraligi zaplanowano dwa mecze: Krono-Plast Włókniarz Częstochowa podejmuje Bayersystem GKM Grudziądz o 17:00, a Stelmet Falubaz Zielona Góra mierzy się z Gezet Stal Gorzów o 19:30. Tego samego dnia rozgrywane są także rewanżowe półfinały Krajowej Ligi Żużlowej oraz mecze Metalkas 2. Ekstraligi.

Najważniejsze rozstrzygnięcia ligowe przesunęły się jednak głębiej w jesień. Jak informowaliśmy w tekście o zmianie terminu finału PGE Ekstraligi, rewanż o mistrzostwo Polski zaplanowano na 4 października, a mecz o brązowy medal na 3 października. Powodem jest organizacja finału cyklu Grand Prix w Toruniu 26 września, po którym rozegranie ligowego finału dzień później nie byłoby możliwe.

Dla polskich zawodników oznacza to, że sezon reprezentacyjny w wydaniu drużynowym jest już zamknięty, a cała uwaga przenosi się na ligę i na indywidualne finały. Bartosz Zmarzlik, Maciej Janowski, Patryk Dudek, Dominik Kubera i Kacper Woryna wracają do klubowych obowiązków w decydującej fazie rozgrywek, gdzie stawką są medale mistrzostw Polski i, w przypadku kilku ekip, utrzymanie w PGE Ekstralidze.

Kolejna edycja Drużynowego Pucharu Świata odbędzie się w przyszłym sezonie. Polska przystąpi do niej z dorobkiem dziewięciu tytułów i z pytaniem, na które w Warszawie nie znalazła odpowiedzi: jak zbudować skład, w którym punktują nie dwaj, lecz czterej zawodnicy.

FAQ

Kto wygrał finał Drużynowego Pucharu Świata 2026?

Finał DPŚ 2026, rozegrany 29 sierpnia na PGE Narodowym w Warszawie, wygrała Australia z dorobkiem 38 punktów. Drugie miejsce zajęła Dania (30 punktów), trzecie Polska (29 punktów), a czwarte Wielka Brytania (23 punkty).

Ile punktów zdobyli polscy zawodnicy?

Bartosz Zmarzlik zdobył 11 punktów, Kacper Woryna 9, Patryk Dudek 5, Maciej Janowski 2 i Dominik Kubera 2. Łącznie dało to 29 punktów i brązowy medal, o jeden punkt za Danią.

Co się stało w biegu 18 między Zmarzlikiem a Michelsenem?

Bartosz Zmarzlik zaatakował Mikkela Michelsena od wewnętrznej, Duńczyk nie ustąpił toru i upadł. Po upadku ruszył w kierunku Polaka i musiał być powstrzymywany przez obsługę toru, za co sędzia wykluczył go z powtórki biegu. W powtórce wygrał Max Fricke, a Zmarzlik był drugi.

Kiedy Australia ostatni raz wygrała DPŚ?

Przed Warszawą Australia sięgnęła po drużynowe mistrzostwo świata w 2002 roku w Peterborough. Przerwa między tytułami wyniosła zatem 24 lata.

Kiedy odbędzie się finał PGE Ekstraligi 2026?

Rewanżowy mecz finałowy PGE Ekstraligi zaplanowano na 4 października, a spotkanie o brązowy medal na 3 października. Terminy przesunięto ze względu na finał cyklu Grand Prix w Toruniu 26 września.

O Kacper Zawadzki 80 artykułów
Dziennikarz motorsportowy z pasją do wyścigów. Relacjonuje Formułę 1, WRC i MotoGP, analizuje strategie zespołów i dane z torów. Od lat śledzi kariery kierowców i techniczną stronę rywalizacji.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz